wtorek, 6 grudnia 2016

Wywiad z Nataszą Socha

Grudzień to magiczny czas. Czas Świąt, radości, pełen zimowej bieli. I właśnie w ten magiczny czas wraz z Claudią z Zaczytanej chciałybyśmy Was zaprosić na wywiad z wyjątkową autorką Nataszą Socha.





1. Jak rozpoczęła się Pani przygoda z pisaniem?

Kiedy byłam dzieckiem przez głowę przewijały mi się wszystkie możliwe zawody świata, z których do najciekawszych zaliczałam: łyżwiarkę figurową, fryzjerkę oraz panią robiącą twaróg. Kiedyś na koloniach zaliczyliśmy wycieczkę do pobliskiej mleczarni, w której pewna pani opowiedziała nam jak się robi ser i nawet to pokazała. Uznałam ją za najbardziej fascynującą kobietę na świecie. I na pytanie nauczycielki co chcemy robić w przyszłości, odpowiedziałam z uśmiechem: twaróg. Potem chciałam zostać lekarzem chirurgiem, ale okazało się, że nie było chemii między mną a chemią. Oraz fizyką. Koniec końców wylądowałam na dziennikarstwie i rozpoczęłam swoją przygodę z pisaniem. Najpierw do gazet, magazynów kobiecych, portali internetowych, a później napisałam swoją pierwszą książkę pt. „Macocha”. Historia została wymyślona, choć sam pomysł powstał niejako w oparciu o własne doświadczenia. Ja co prawda nie znalazłam się w sytuacji, w której dzieci mojego męża stanęły w drzwiach z walizką, ale wyobraziłam sobie co by było, gdyby rzeczywiście tak zrobiły. Nie ma u nas społecznego przyzwolenia na bycie macochą, która też ma swoje lęki, obawy i prawo do głośnego wypowiedzenia tego, co naprawdę myśli. Stąd pomysł na książkę.

 
2. „Jest dziennikarką, felietonistką, pisarką, a także malarką i ilustratorką.”  Którą z tych czynności zatem lubi Pani wykonywać najbardziej?

Zdecydowanie pisanie. Lubię ten moment, kiedy zdobyłam już wszystkie potrzebne materiały, zrobiłam dokumentację, wstępny plan i wreszcie siadam przed czystym plikiem worda. Piszę pierwsze zdanie i w tym momencie otwierają się kolejne drzwi w mojej głowie, które prowadzą różnymi ścieżkami do zakończenia. Siadając do nowej książki, nigdy nie wiem w stu procentach jak ona się potoczy. To przychodzi samo, w trakcie pisania. I daje ogromną satysfakcję, kiedy wszystkie pozaczynane wątki spływają w końcu w jedno miejsce. I mają sens.

 
3. „Awaria małżeńska”  to powieść, którą napisała Pani wspólnie z Magdaleną Witkiewicz. Jak wyglądało powstawanie tej książki? Czy pisanie wspólnie z kimś jest trudne?

Jest bardzo trudne, bowiem każdy z nas ma inny tryb pisania, inne podejście do swojej pracy, no i oczywiście inny styl. Czytelnik widzi tylko efekt końcowy, który w przypadku „Awarii” rzeczywiście się udał. Ale nie planuję kolejnej wspólnej książki.

4. Wiemy, że lubi Pani jeździectwo. Dla niektórych osób, konie śmierdzą. A co Pani o tym sądzi?

Niektórym śmierdzą konie, innym ludzie. To zależy na kogo w życiu trafimy i jaki smród nasz nos toleruje. A tak na serio – to jest to typowa plotka, która zaczęła żyć własnym życiem. Raz jeden siedziałam na koniu i to tylko dlatego, że podobał mi się instruktor. Ale zrezygnowałam z tego zauroczenia po tym, jak koń zrzucił mnie z siodła. Od tamtego czasu nie jeżdzę konno, więc moje zdanie na temat jeździectwa mogłoby być niemiarodajne.

5. Urodziła się Pani w Poznaniu, ale tworzy w niewielkiej niemieckiej wsi. Czy warunki Polskie nie sprzyjają pisaniu?

Nie sądzę, żeby warunki danego kraju miały jakikolwiek wpływ na pisanie. Piszę w Niemczech, bo tu mieszkam, a nie dlatego, że polski klimat źle wpływa na moje uderzanie w klawisze komputera J. Poza tym, kiedy w Polsce jestem dłużej – tak jak na przykład latem przez parę tygodni – to zawsze zabieram ze sobą laptopa lub grube notesy i w wolnych chwilach pracuję.

6. Gdyby mogła Pani zmienić coś na tym świecie, co by to było i dlaczego właśnie to?

Wysłałabym wszystkich wrednych ludzi na inną planetę. Mogliby tam wspólnie żyć i wygryźć się wzajemnie. Ten, który by pozostał i tak usechłby z tęskonoty za niemożnością zrobienia komuś świństwa.

7. „Biuro przesyłek niedoręczonych” to Pani najnowsza powieść. Czy w Pani życiu zdarzyła się taka niedoręczona przesyłka i żałuje Pani, że nie dotarła do adresata?

Napisałam kiedyś list, którego nigdy nie wysłałam, bo nie miałam adresu. To były czasy wieku nastoletniego, kiedy wszystko jest dramatem, a zwykły uśmiech – miłością na całe życie. Ten list mam do dzisiaj. Znalazłam go przypadkiem w piwnicy, w jakimś kartoniku z pamiątkami, a kiedy zaczęłam czytać wpadłam na pomysł tej właśnie książki. Siedziałam w piwnicy co najmniej godzinę i notowałam na szybko to, co wpadło mi do głowy. Kiedy odrobinę przemarznięta wdrapałam się pod schodach do domu, szkielet „Biura” był już całkiem stabilny i miał solidne fundamenty.

8. Wydała Pani swoje dwie najnowsze w bardzo krótkim odstępie czasowym. Jak Pani tego dokonała?

Ta świąteczna opowieść jak już wspomniałam, powstała w mojej głowie bardzo spontanicznie i dość przypadkowo. Nie miałam żadnej pewności, że zdążę ją napisać, ale ta książka jakoś sama ze mnie wypłynęła. Dawno nie pisało mi się tak dobrze, lekko i bez żadnego stresu, że coś się nie układa. Czasem powieść, którą tworzymy bawi się z nami, droczy i nie chce współpracować. Trzeba dużo czasu i silnej woli, żeby ją zmusić do posłuszeństwa. A czasem niesie nas jak rzeka.
 
9. Niedługo święta. Jak będzie Pani spędzać ten magiczny czas?

Najzwyczajniej i jednocześnie najpiękniej jak się da – w domu.

10. W jaki sposób zrodziła się u Pani pasja/miłość do książek?

Książki czytam od dziecka. To były czasy bez smartfonów, bez telewizji 24 godziny na dobę i bez komputerowych gier. Grało się w koraliki, kapsle, skakało w gumę i czytało na potęgę. Rogaś z Doliny Roztoki, Ferdynand Wspaniały, O psie, który jeździł koleją, Dzieci z Bullerbyn, Pippi Pończoszanka, Rodzina Sawanów, Majka ze Złotego Brzegu – ja chyba przeczytałam wszystko, co się wtedy ukazywało. Najpiękniejszym prezentem była książka i czekolada z okienkiem. Kiedyś dostałam na imieniny sześć egzemplarzy tej samej książki, bo akurat rzucili ją w księgarni. To były „Historyjki o żarówce”, swoją drogą niezwykle fajne.

W dzisiejszych czasach o wiele trudniej jest zachęcić dziecko do czytania, bo z każdej strony łypią na nie inne atrakcje –  gadające zabawki, „ajfony”, „ajpady”, interaktywe hełmy, miecze i x-boxy. I jak tu przebić się z zadrukowanym papierem? Jedynym wyjściem jest metoda na Szeherezadę. Ona, aby uniknąć śmierci opowiadała księciu ciekawe historie i urywała w najciekawszym momencie. Ja robiłam dokładnie tak samo czytając moim dzieciom. Dochodziłam do momentu, w którym smok zbliżał się do królewicza, albo mały lisek stawał nad przepaścią i...  zamykałam książkę. Ten wrzask, że tak nie wolno, że mam czytać dalej, że oni teraz nie zasną – bezcenne. Z czasem pojawił się u nich tzw. głód ciągu dalszego. Chociaż głód gier w komórkach też niestety widzę.

11. Jaki gatunek książek lubi Pani najbardziej?

Najbardziej lubię książki niedorzeczne, absurdalne i takie, w których autor bawi się językiem. Kocham Borisa Viana, bo miał w głowie chaos, z którego powstały najbardziej odjechane historie, jakie kiedykolwiek przeczytałam. „Wygolony był na gładko, lecz skóra jego policzków niebieszczyła się jak grzbiet surowej makreli”. Uwielbiam takie zdania. Czytam też Nesbo, Zafona, Mendozę,  Alice Munro. No i zawsze będę wielbić Talkiena za „Władcę Pierścieni”.

12. Grudzień to taki magiczny czas. Święta, spotkania z rodziną, wspólne rozmowy. A czy w tym właśnie momencie poświęca Pani choć odrobinkę czasu na pisanie?

Planuję nie pisać.... Ale chyba mam deadline do 5 stycznia... ;-)





Serdecznie dziękujemy autorce za poświęcony nam czas.


2 komentarze:

  1. Również chciałam zostać łyżwiarką figurową, ale skończyło się na tylko na lekcjach baletu w dzieciństwie. Bardzo ciekawy wywiad Grażynko! „Biuro przesyłek niedoręczonych” marzy mi się ta książka.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z tym wysyłaniem wrednych ludzi na inne planety mam dokładnie tak samo. :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny na moim blogu. Będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie jakiś ślad.