piątek, 17 marca 2017

Fragment: "Szept wiatru" Sylwia Trojanowska






Usiedliśmy naprzeciwko siebie, na dwóch stołkach. Maks natychmiast podsunął swój w moją stronę.

— Nie rób tego, proszę.

Nie posłuchał, tylko złapał moje dłonie w swoje. Wyrwałam je jednak z jego ciepłego uścisku.

— Proszę, zostaw mnie w spokoju. Nie potrafię tego już dłużej ciągnąć. To jest dla mnie za trudne.

— Wiem i dlatego tu jestem. Nie chcę ci więcej sprawiać problemów, nie chcę, abyś przeze mnie kiedykolwiek jeszcze cierpiała.

Zastygłam w oczekiwaniu na jego dalsze tłumaczenia, na słowa, które z jednej strony chciałam usłyszeć, a z drugiej zupełnie odrzucałam.

— Wyjeżdżam do Rzymu, do rodziny mojego ojca. Tylko w ten sposób uwolnisz się ode mnie.

— Raczej ty ode mnie.

— To, co nam się zdarzyło, jest we mnie tak głęboko, że nigdy od tego się nie uwolnię, głównie dlatego, że nie chcę. — Spojrzał na mnie bardzo poważnie, uniósł moją dłoń i subtelnie ją pocałował. — Kocham cię… — wyszeptał. — Kocham cię tak mocno, że trudno mi nawet wyobrazić sobie, bym mógł przestać, bym mógł zapomnieć. Tak bardzo zmieniłaś moje życie, tak bardzo na nie wpłynęłaś… Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo chciałbym być z tobą, przy tobie, obok ciebie… Sprawiać, byś się śmiała, byś cieszyła się życiem… — Ponownie uniósł moją dłoń i pocałował ją, nie odrywając ode mnie wzroku.

Jego cudownie błękitne oczy działały na mnie rozbrajająco i nie wiem, czy patrząc w nie, byłabym w stanie odmówić jakiejkolwiek propozycji, która wypłynęłaby w tamtym momencie z jego ust.

— Teraz jednak nie mogę ci tego dać, niczego radosnego nie mogę ci dać, bo gdybym egoistycznie wciągnął ciebie do swojego życia, jak chciałem to zrobić, zgodziłbym się na twoje cierpienie, na to, byś płakała, byś musiała iść na kompromisy.

Wiedziałam, do czego zmierzał, czułam, że za chwilę powie, iż między nami wszystko skończone. Nie chciałam płakać, nie chciałam okazywać słabości, chciałam być w tamtym momencie twarda jak nigdy, ale nie potrafiłam. Łzy mimowolnie zaczęły płynąć z moich oczu.

Maks natychmiast przykląkł przy mnie i kierując mój podbródek w swoją stronę, spojrzał na mnie w tak ognisty sposób, że musiałam przymknąć powieki, bo pewnie rozryczałabym się na dobre. Po chwili poczułam, jak facet, który próbował mi powiedzieć, że dla mojego dobra musimy się rozstać, delikatnie ściera słone strugi z moich policzków, po czym całuje moje powieki tak delikatnie, że aż zadrżałam.

— Dziękuję — wyszeptał. — I przepraszam. Za wszystko przepraszam.

— To nie twoja wina — odparłam przez łzy.

— To przede wszystkim moja wina. Jestem tego świadomy. Chcę wszystko naprawić, a zrobię to, dając ci święty spokój.

Kiedy Maks wypowiedział tamte słowa, poczułam, jakby moje życie zaczęło się rozsypywać. Niby rozumiałam sytuację, niby sama tego chciałam, niby mówiłam, że to koniec, niby… Jednak usłyszenie tego od Maksa wywołało we mnie falę destrukcyjnych emocji. Nagle odniosłam wrażenie, jakby ktoś zaczął burzyć moje wewnętrzne filary, które do tamtej pory dawały mi siłę, energię i chęć do życia, jakby ktoś zabierał mi kolory szczęścia, pozostawiając samą czerń i szarość.

Nie wyobrażałam sobie, że Maks za chwilę zniknie i już nigdy w tym moim zwykłym życiu się nie pojawi, że będę musiała zmienić perspektywę myślenia i uczyć się wszystkiego od początku, że będę musiała żyć bez faceta, który pomógł mi odkryć swoje prawdziwe ja.

— Widzisz, nawet teraz płaczesz… A ja czuję się winny każdej twojej łzy, która nie jest łzą szczęścia. — Po raz kolejny otarł opuszkami palców moje policzki, a ja, niemal jak kocica, wygięłam kark, podążając za jego dotykiem.


Kolejny fragment już jutro na blogu Turkusowa Sowa.
Zapraszam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za odwiedziny na moim blogu. Będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie jakiś ślad.